"Spotlight". Zawód: reporter. O odwadze, której już nie ma. Recenzja

Michael Keaton i Marc Ruffalo

McCarthy nakręcił film o jednym z najważniejszych dochodzeń w historii dziennikarstwa, za które w 2003 roku zespół „The Boston Globe” otrzymał Nagrodę Pulitzera. To także początek największej medialnej burzy w historii Kościoła Katolickiego. Jednak "Spotlight" to przede wszystkich filmowa lekcja najwyższej próby pracy reporterskiej. Film jest nominowany do Oscara aż w 6 kategoriach.

Słowo "reportaż" pochodzi od łacińskiego reportio, co dosłownie oznacza "donoszę". Jego nadrzędnym celem zawsze jest rzetelne zrelacjonowanie wydarzeń, świadkiem których była prawdopodobnie jedynie wąska grupa osób. Pozwalając uczynić świadkami również innych, dotyka wydarzeń jak na kartach dobrej powieści. Filmowa Sacha Pfeiffer (Rachel McAdams) pokazuje, że wzorowo odrobiła zadanie domowe, dzięki czemu w "Spotlight" możemy śledzić żmudny proces narodzin materiału prasowego. Nie jest to jednak dziennikarstwo znane młodemu pokoleniu uczniaków nowojorskich tabloidów, a pokazowa lekcja wzorowej pracy reporterskiej. Jestem tu, bo mi zależy. Opowiemy tę historię tak, jak trzeba - wyznaje jednemu z bohaterów.

Mowa o słynnej "aferze pedofilskiej", która w 2002 roku zostawiła prawdopodobnie największą rysę na obliczu Kościoła Katolickiego. Liczne przypadki molestowania, którego dokonali księża, przez lata sprawnie tuszowane były przez Watykan. Grupa dziennikarzy z Bostonu (wśród nich m.in. Michael Keaton, zdający się wciąż dryfować na fali sukcesu "Birdmana") postanawia odtajnić pilnie strzeżone przez kler akta i rozszyfrować strategię Kościoła. Sam McCarthy wykonuje swoją robotę nie mniej profesjonalnie, relacjonując zdarzenia w wyjątkowo wyważony sposób, bez zbędnych emocji. W filmie obserwujemy codzienną, surową pracę dziennikarzy - obraz jest zupełnie obdarty z wątków dotyczących ich życia prywatnego. W filmie mamy właściwie do czynienia z bohaterem zbiorowym - pięcioosobowy zespół "bostoński", skupiony wokół jednej sprawy tworzy wspólnotę, która przemawia w filmie jednym głosem. To ciekawy i dość niespotykany zabieg we współczesnym kinie, tak mocno skupiającym się na indywidualnościach. 


"Spotlight" to istne filmowe studium spisku. W błyskotliwy sposób obnaża działanie społecznej machiny, którą sterują autorytety - począwszy od władz Kościoła, poprzez samorządowców, skończywszy aż na zmanipulowanych mieszkańcach. A napędza ją nic innego, jak tylko tabu. It takes a village to raise a child (Potrzeba całej wioski, by wychować dziecko) - słyszymy. Podobnej siły potrzeba, by je skrzywdzić. Z taką samą sytuacją mamy do czynienia w bostońskiej społeczności, która, zwiedziona grozą klerykalnej tajemnicy, przez lata ukrywa prawdę. W kontekście pedofilskich zbrodni reżyser obarcza winą Kościół Katolicki, to jasne. Ale w "Spotlight" robi jednocześnie krok dalej - kto wie, czy nie ważniejszy. McCarthy nadaje bowiem odpowiedzialność zbiorową wszystkim osobom zamieszanym w tę sprawę, które przez lata zbywały problem milczeniem. Tak twardym, że rozkruszyć je mogła dopiero ekipa "The Boston Globe".

Obserwując obecnie dziennikarski światek, można odnieść wrażenie, że niewielu piszących kieruje się ideałami przyświecającymi "bostończykom" 14 lat temu. Stąd tęsknota za "starym" dziennikarstwem, a film McCarthy'ego jest jej ewidentnym wyrazem. Kilkumiesięczna praca nad materiałem wymaga nie tylko motywacji, ale także niezwykłej elastyczności i pewnego rodzaju sprytu (niezwykła jest scena, podczas której Pfeiffer, stojąc niemal w progu przesłuchuje byłego księdza, otwarcie przyznającego się do "zabaw" z nieletnimi). Podkreśla to zresztą bardzo klasyczny, nieco przestarzały sposób, w jaki noszą się bohaterowie. Skupieni na pracy, jedzą średniej klasy jedzenie i pracują w identycznych biurach, przerzucając papiery. Metodyka ich pracy jest również bardzo "retro" - notatki robią w zeszytach, a dokonując próby rozszyfrowania spisku, chodzą do bibliotek, by zdmuchiwać kurz ze starych kronik w poszukiwaniu choćby szczątkowych informacji na temat bostońskich kleryków. 

Niestety, "Spotlight" jest jednocześnie nieco "wyprany" z autentycznych emocji bohaterów. Świadkowie wydarzeń potraktowani są instrumentalnie, jako narzędzia do osiągnięcia wyczekiwanego celu. Choć początkowo wydaje się to wyznacznikiem profesjonalizmu, na dłuższą metę razi i pogłębia pragnienie przypatrzenia się postaciom z większą czułością. W tym przypadku reżyser nam na to nie pozwala. Nie obchodzą go postaci, lecz taktyka. Interesuje go system, z którym chce się rozprawić. Aktorsko film jest poprawny, choć szansa na statuetkę jest raczej niewielka. Zarówno nominowany do najlepszej drugoplanowej roli męskiej Mark Ruffalo, jak i pełna zapału kreacja Rachel McAdams, nie wyróżniają się niczym szczególnym w aktorskim Oscarowym orszaku. 


"Spotlight" momentami mrozi niczym dobry kryminał, a czasem wprawia w konsternację i nieco się dłuży. Jednak historia zdecydowanie warta jest tego, by dać się jej uwieść, nie tylko biorąc pod uwagę społeczną rangę problemu, ale także ze względu na przemyślany scenariusz i możliwość obserwacji rozwoju dziennikarskiego śledztwa w najbardziej profesjonalnym wydaniu.
AJ

Komentarze

Prześlij komentarz