Bruno Schulz jest głodny.

"13 miesiąc", Marcin Gładych, fot. Adam Fisz
"Głód", "Snufit" i "13 miesiąc". Trzy nazwy, trzech zupełnie innych filmów, które łączy jedno – jeszcze nie powstały mimo, że mówi się o nich od miesięcy. 

Ukraina, rok 1933. Ludzie jedzą korę z drzew, coraz częściej zdarzają się przypadki kanibalizmu. Trwa Wielki Głód, który spowodowali komuniści Stalina. To nie zapowiedź filmu kręconego przez kijowski Majdan, ale przez młodą Rosjankę związaną z Toruniem Marikę Krajniewską. „Głód”, to - wraz ze „Snufitem” i „13 miesiącem” - najbardziej oczekiwany toruński film. Czy obejrzymy je w tym roku?

Te trzy historie filmowe różni właściwie wszystko – tematyka, źródło inspiracji, osobowości reżyserów. Czekamy na nie, bo z nakręconych już fragmentów widać, że zapowiada się wartościowy efekt końcowy. Niestety całą trójkę możemy na razie nazwać „półkownikami XXI wieku”. W czasach komunistycznych nazywano tak filmy odesłane „na półki magazynu” przez cenzurę polityczną. Dzisiaj zastąpiła ją inna – ekonomiczna. Mimo pomocy samorządu miejskiego, która pozwoliła na zrealizowanie materiału zdjęciowego, brakuje środków na ukończenie tych produkcji. Lekarstwem byłoby tu zainteresowanie sponsorów, bo w „Głód”, „Snufit” i „13 miesiąc” zainwestować warto.

„Głód”, czyli Ukraina rosyjskimi oczami

Historia „Głodu” ma już kilka lat. To fascynująca sprawa, bo szybciej spodziewałbym się nakręcenia filmu o jednej z największych tragedii w historii Ukrainy, przez Ukraińców. Tymczasem to Rosjanka
z St. Petersburga, która związała swoje życie z Toruniem i Warszawą postanowiła zabrać się za ten temat. Temat wciąż bolący jak otwarta rana. Ukraina nieustannie domaga się uznania Wielkiego Głodu, który zabił kilka milionów Ukraińców, za ludobójstwo. Rosja sprzeciwia się temu na każdy możliwy sposób. Trwający konflikt Ukrainy z prorosyjskimi separatystami nie ułatwia sprawy.

„Głód” nie ma pretensji do bycia epicką epopeją. Krajniewska skoncentrowała się na pojedynczym, ludzkim nieszczęściu. Dlatego trafiamy do domu ukraińskiej chłopki Wiery, matki dwójki dzieci, która próbuje ocalić je przed powolną śmiercią głodową. To ich dramat stanowi oś filmu. „Ta historia siedziała we mnie od dzieciństwa - przyznaje Marika. - Postać głównej bohaterki jest autentyczna. O jej losach opowiedział mi dziadek, który znał ją osobiście. Spotkał ją już po tym, jak na skutek głodu popadła w obłęd” – mówiła w wywiadzie reżyserka.



Większość zdjęć już powstała. Ukraińską wieś udanie „zagrało” toruńskie Muzeum Etnograficzne, wspomagane przez skansen w Sierpcu (znany m.in. z „Pana Tadeusza” Wajdy). W obsadzie znaleźli się Mateusz Damięcki i Piotr Głowacki (wywodzący się z Torunia laureat nagrody Zbigniewa Cybulskiego i Flisaka Tofifest). Muzykę napisał Maciej Pawłowski pracujący nad dźwiękiem w takich filmach jak  „Płynące wieżowce” i „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”.

Dlaczego warto zainwestować w ukończenie tego filmu? Bo to wyjątkowy temat, w Polsce w ogóle niepodejmowany. Jakże ważny dla zrozumienia dzisiejszej sytuacji na Ukrainie. Bo to Wielki Głód ostatecznie podzielił Ukrainę na dwa różne światy – prozachodni i sowiecki, czego tragiczne efekty oglądamy codziennie w serwisach informacyjnych. Krajniewska nie chce wypuścić „półproduktu”, planuje start „Głodu” w konkursach dużych, światowych festiwali. Warto jej pomóc i zaspokoić głód finansowy.

„Snufit”, czyli szaleństwo kobiety z korporacji

„Głód” i „Snufit” łączy wiele osób pracujących w obu ekipach – m.in. Piotr Głowacki i Marika Kraniewska. Ale to koniec podobieństw, bo „Snufit” to film z zupełnie innej filmowej „bajki”. Reżyserami obrazu są młodzi filmowcy z Torunia Marcel Woźniak i Paweł Zawadzki. Woźniak zabłysnął w 2012 roku znakomitym, niezależnym krótkim metrażem „Caissa”. Opowieść o tym jak łatwo gubimy to co najważniejsze w życiu jeden z toruńskich dziennikarzy nazwał „najlepiej wydanymi pieniędzmi na kulturę w 2012 roku”. Dlatego też apetyty na „Snufit” były wielkie.

Powoli przeciekały do mediów coraz bardziej frapujące zdjęcia z planu, pierwszy teaser…  Bo "Snufit" to nieszablonowa sprawa. Surrealistyczna, narkotyczna podróż w głąb wyobraźni, której dokonuje Joanna, pracownica wielkiej korporacji. Zlecenie jakie otrzymuje w przededniu swoich 30. urodzin przenosi ją w świat, którego nie spodziewała się ujrzeć. W roli Joanny - wciąż zbyt mało wykorzystana w kinie – Matylda Podfilipska. Partneruje jej wspomniany Piotr Głowacki, Tomasz Mycan i Radosław Garncarek. 


Woźniak zapytany o narodziny pomysłu, zaskakuje: „Pewnego wieczoru siedziałem w domu i pod okna podjechała karetka na sygnale. Światła odbijały się na ścianach pokoju. Z takiej zwykłej ciekawości chciałem zobaczyć co się w niej dzieje. Mimo tego, że jej drzwi były otwarte, nie było widać człowieka wniesionego do ambulansu. Zagadka otwartych drzwi, przez które nic nie widać stała się impulsem dla filmu”.

W teaserze umieszczonym na YouTube widzimy bohaterkę wędrującą po mrocznym Toruniu w stroju białego królika, transowe party, korporacyjny wyścig szczurów. Lynch w toruńskim wydaniu, czemu nie? Dzięki pomocy Toruńskiej Agendy Kulturalnej i Fundacji Tumult film już powstał, ale by przejść krok dalej i trafić na festiwale, konieczne będzie nadanie materiałowi ostatecznych korekt.

Warto wspomóc ten projekt, bo Marcel Woźniak to prawdziwy wschodzący talent. Byłoby źle, gdyby skończył na pierwszym filmie.

Schulz i nagie kobiety

Co śniło się Bruno Schulzowi? I dlaczego te sny są takie erotyczne? Co myślał w ostatnich chwilach przed tragiczną śmiercią? Na te pytania próbuje odpowiedzieć w filmie „13 miesiąc” reżyser Marcin Gładych, który zasłynął już świetnie odebranymi dokumentami „Hakerzy wolności” i pierwszym polskim filmem społecznościom „Panoptikon” (Grand Prix Festiwalu Filmów Historycznych w Zduńskiej Woli).

Bruno Schulz to jedna z najbardziej fascynujących postaci sztuki polskiej. Zamordowany przez Niemców w rodzinnym Drohobyczu, spokojny żydowski nauczyciel stawał się w swoich książkach gigantem mrocznej erotyki. Wystarczyły dwa zbiory opowiadań, by zapewnić mu trwałe miejsce w dziejach literatury światowej. 


Gładych, jak mówi, trafił na temat przypadkiem: „Wpadł mi w ręce artykuł o ostatnich godzinach życia Schulza. Ten dramat Żyda, artysty, człowieka, który był tak blisko wolności, uderzył w moje emocje. Nikt nie wie, co myślał idąc ulicą, na której został zastrzelony. Ja chcę pokazać, że w ostatnich chwilach życia szedł ku wolności. Że umarł szczęśliwy”.

Gładych konsekwentnie w swoich filmach stawia na przeplatanie wątków dokumentalnych, ze scenami fabularnymi. W „13 miesiącu” część dokumentalna opowiada o ostatnich dniach życia pisarza, fabularna to inscenizowane sny Schulza. Pierwsze z nich zostały już nakręcone, a fotosy z planu w toruńskim Dworze Artusa jakie wyciekły do mediów spowodowały spory szum. Bo Gładych nie robi grzecznego filmu. 

Sny Schulza są takie jak jego wyobraźnia, pełne nagości, erotyki podszytej perwersją. Radosław Smużny i Anna Zawadzka zagrali te sceny bez zbędnej pruderii, co potwierdziły zamknięte pokazy, na które dostali się tylko wybrani. Dobra robota jaką wykonała trójka operatorów: Adam Fisz, Natalia Miedziak i Jacek Banach zapowiada ciekawą całość. Tym bardziej, że muzykę komponuje zajmujący się dźwiękami wschodu młody kompozytor z Torunia Michał Hajduczenia, a efekty dźwiękowe stworzy znany DJ Łukasz Milewski.

Gładych zaplanował też spory rozmach realizacyjny – zdjęcia miały powstać nie tylko w Toruniu, ale i w Rakoniewicach, Poznaniu oraz Drohobyczu i Samborze na Ukrainie.

Niestety. Zapowiadana data premiery - 19 listopada 2014 roku – raczej nie wypali, bo „13 miesiąc” uderzył w finansową barykadę. Dlaczego warto inwestować w ten film? Bo każda produkcja Gładycha jest wyjątkowym wydarzeniem, zarówno w skali artystycznej jak i społecznej. Bo filmów próbujących odczytać fenomen Schulza i sztuki Żydów polskich jest wciąż zbyt mało.

A-B-C 

Artyści powiedzieli już „A”, kręcąc materiał filmowy. Samorząd dodał „B” pomagając w realizacji finansowo. Kto powie „C” byśmy mogli zobaczyć „Głód”, „Snufit” i „13 miesiąc”?

Pewną szansą są serwisy crowfundingowe takie jak wpieramkulturę.pl czy polakpotrafi.pl. Z powodzeniem kampanie poszukiwania na nich środków rozpoczęli inni filmowcy związani z regionem kujawsko – pomorskim: Tomasz Szafrański (film „Klub Włóczykijów”) i Karolina Ford (film „Prześwity”).

Ale najgłośniej wołam do toruńskiego i regionalnego biznesu – pomóżcie zdjąć te filmy z „półki”, bo inwestycja w kulturę warta jest każdej wydanej złotówki. Warto to zrobić, bo inaczej nigdy nie dowiemy się czy Schulz odczuwał „Głód”.

(tekst ukazał się równolegle w Gazecie Wyborczej)