„Każdy film jest wyzwaniem” – relacja ze spotkania z Allanem Starskim

Zebrani w niedzielne południe w kawiarni Wejściówka przy Teatrze im. Wilama Horzycy pasjonaci kina i twórczości Starskiego mieli okazję spotkać się ze swoim idolem, posłuchać o tym, jak pracuje, które filmy w jego karierze sprawiły mu najwięcej trudu, które śnią mu się po nocach, a także o Jego zawodowych planach na najbliższe miesiące. Nie mogło zabraknąć chwili poświęconej na wspomnienia o zmarłym przed dwoma tygodniami Andrzeju Wajdzie, który wraz ze Starskim tworzył wyjątkowy i wielokrotnie nagradzany duet reżyser-scenograf; łączyły ich nie tylko wspólne artystyczne wizje i wzajemna fascynacja swoimi pomysłami, ale także wieloletnia przyjaźń. 

fot. Wojtek Szabelski (freepress.pl)


Allan Starski to w świecie filmu postać, której nie trzeba nikomu przedstawiać. Laureat Oscara w 1993 za scenografię do filmu Lista Schindlera w reżyserii Stevena Spielberga (wraz z Ewą Braun), w 1969 ukończył studia na Wydziale Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, by już w tym samym roku rozpocząć pracę w zawodzie. Jak wyznał, już jako młody, niedoświadczony artysta zachwycony był innowacyjnym podejściem Andrzeja Wajdy do kina. Fascynacja ta szybko przerodziła się w przyjaźń, a następnie w długą wspólną artystyczną drogę. Jak sam wyliczył, pracowali razem przy 14 produkcjach – było to możliwe dzięki niesamowicie sprawnej i inspirującej pracy reżysera. To również dzięki Niemu, co starał się podkreślić, zawdzięcza obecnie międzynarodową sławę i uznanie.

Starski podczas spotkania zapytany został także o jego wrażenia z pobytu w Toruniu – usłyszeliśmy, iż Toruń jest pięknym, sympatycznym miastem, które z punktu widzenia scenografa jest też miejscem z potencjałem filmowym. Na liczne prośby o wyjaśnienie na czym w ogóle polega praca scenografa, opowiadał o frustrującym czasem ciągłym byciu w drodze (jeden film to kawał życia), o konieczności zdobywania wiedzy historycznej na temat danych miejsc, budowli czy przedmiotów codziennego użytku, a także o nadążaniu za technicznymi nowinkami. Temat wzrastającego znaczenia komputeryzacji we współczesnym kinie wzbudził chyba największe zainteresowanie – sam gość, choć jak mówi docenia takie wizualne arcydzieła jak chociażby polską grę „Wiedźmin”, tworzoną od początku do końca przy użyciu najnowszych technologii, sam myśli jedank, że komputery są tylko dodatkowym narzędziem i choć oczywiście czasem bywają niezbędne, nie powinny burzyć realistycznych obrazów budujących nastrój w filmie. Przy okazji zdradził, iż niesamowicie zapadające w pamięć ujęcia warszawskich ruin w filmie Romana Polańskiego „Pianista”, nie były, wbrew powszechnej opinii, zrobione komputerowo – budynki były niszczone specjalnie na potrzeby tej produkcji.

Starski podkreśla też, że choć kocha reżyserów, z którymi współpracuje, w pracy nie bywa łatwy. Zdaje sobie sprawę, iż koniecznym elementem stworzenia filmu są kompromisy, nie rzuca się jednak bez namysłu nawet na najbardziej lukratywne propozycje. Na pytanie, czy jego pozycja w Hollywood jest wynikiem przypadku czy konsekwentnych wyborów, odpowiada wymijająco, że jest przecież człowiekiem do wynajęcia. Śledząc jednak jego karierę, nie można oprzeć się wrażeniu, że podejmuje bardzo dobre decyzje i jak nikt potrafi przekuć marzenia reżysera w rzeczywistość a nawet dodać coś od siebie, tak by go zaskoczyć.  
Oprócz pytań o najnowszy, niezwykle trudny i kontrowersyjny politycznie film „Rana” („The Cut”), kręcony m.in. w Jordanii i na Malcie, opowiadający o tureckiej masakrze Ormian podczas I wojny światowej, padło pytanie o polski rynek filmowy. Zdaniem scenografa jest on w nie najgorszym stanie, brakuje mu jednak wykwalifikowanych specjalistów, którzy mogliby dołączać do międzynarodowych filmowych ekip. Powodem do zmartwień jest brak w Polsce wytwórni z prawdziwego zdarzenia, które powstały w ostatnich latach w chociażby Czechach, Rumunii, Bułgarii czy na Węgrzech.

fot. Wojtek Szabelski (freepress.pl)

Niezwykle aktywna toruńska publiczność zadawała podczas spotkania mnóstwo interesujących pytań. Na to, czy kiedykolwiek i jak odpoczywa, Allan Starski odpowiedział, że owszem, zdarza się i najchętniej wtedy nie robi nic, leży, patrzy w Słońce i pluska się w wodzie. Z miejsc, które najbardziej go inspirują, wymienił wciąż nieodkrytą przez niego Polskę, a także Rzym, który mimo przeładowania turystycznego nie traci nic ze swojego nieśmiertelnego uroku. Starski z uśmiechem napomknął także, iż na liście jego niespełnionych marzeń, znajduje się film prosty, z niewymagającą scenografią, gdzie będzie mógł umieścić dwójkę bohaterów na plaży o zachodzie Słońca.
Gość, uhonorowany specjalnym Złotym Aniołem Tofifest za całokształt twórczości, zaczyna za tydzień pracę nad kolejnym filmem – zdradził nam, iż będzie to ekranizowana przez Martina Campbella (reżysera słynnego filmu o agencie 007 „Casino Royal”) nowela Ernesta Hemingwaya „Za rzekę w cień traw”. Miejscem akcji będzie powojenna Wenecja, a fabuła skupi się na romansie pułkownika armii amerykańskiej z 19-letnią Włoszką.
Ola Lichocka