Maciej Stuhr jako słowacki Franz Maurer? – recenzja filmu „Czerwony kapitan”

Jednym w filmów, które znalazły się w konkursie „From Poland” na tegorocznej edycji festiwalu Tofifest jest polsko-czesko-słowacka koprodukcja „Czerwony kapitan” w reżyserii Słowaka, Michala Kollara. Warto spojrzeć na ten film jak na pełnokrwisty kryminał, który wciąga widza swoją intrygą i ani na moment nie zwalnia tempa.


Zadanie twórców było podwójnie trudne. Na warsztat wzięto słowacki bestseller – powieść Dominica Dana Červený kapitan. Dodatkowo w głównej roli Richarda Krauza – detektywa z wydziału zabójstw – obsadzono polskiego aktora Macieja Stuhra. Dla Słowaków była to pewnie szokująca informacja, ale nie można się temu dziwić. Polacy zareagowali by pewnie tak samo, gdyby dowiedzieli się, że kultową już dziś postać prokuratora Szackiego z kryminałów Zygmunta Miłoszewskiego ma zagrać słowacki albo czeski aktor. Kontrowersje wśród fanów literackiego pierwowzoru mogło też wzbudzić dość luźne podejście do całej historii opisanej w książce, bo filmowa wersja jest wierną adaptacją tylko części wątków literackiego oryginału. 

Obsadzenie zagranicznego aktora w roli Krauza – niepokornego policjanta, ostatniego (a może raczej pierwszego) sprawiedliwego w nowo powstającej słowackiej policji, umaczanej w brudach ubeckiej przeszłości – nie było zupełnie przypadkowe. Maciej Stuhr wniósł do filmu pewną świeżość i naturalność gry, bo przecież sam jako obcokrajowiec, nieznający dobrze języka słowackiego, którym wszyscy sprawnie posługiwali się na planie, był wśród ekipy outsiderem, co świetnie potem przełożył na swoją postać. Szkoda tylko, że w polskiej dystrybucji film istnieje wyłącznie w wersji zdubbingowanej. Stuhr podkładający głos samemu sobie brzmi po prostu komicznie.


Akcja filmu rozgrywa się w Bratysławie na początku lat 90., kiedy to Czechosłowacja – podobnie jak Polska – przechodziła trudny okres transformacji politycznej i zmagała się z niewyjaśnionymi zbrodniami komunistycznego systemu. Kryminalna intryga, którą uruchamia przypadkowe znalezisko – zwłoki mężczyzny z gwoździem w czaszce, zdecydowanie wysuwa się tu na pierwszy plan. Przydzieleni do rozwiązania tej sprawy policjanci nadal jedną nogą tkwią w starym systemie pracy i dawnych powiązań. W przypadku „Czerwonego kapitana” kwestie polityczne i rozliczeniowe z trudną, komunistyczną przeszłością są raczej tłem i kontekstem dla głównego wątku morderstwa.


Mocną stroną filmu są zdjęcia wykonane przez polskiego operatora Kacpra Fertacza, którego mistrzowską pracę mogliśmy ostatnio podziwiać w filmie „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego. Bratysława sfilmowana jest w kolorach sepii. Nieco przykurzone kadry starają się odwzorować realia minionej epoki i doskonale pasują do mrocznego klimatu historii. Michal Kollar nie ucieka od gatunkowych schematów, w filmie nie brakuje brawurowych pościgów i krwistych bijatyk, okraszonych soczystymi przekleństwami. Mimo to, „Czerwony kapitan” nie jest filmem sensacyjny na poziomie Jamesa Bonda, daleko też mu do kultowych „Psów” Władysława Pasikowskiego, do których często i chętnie jest przez krytyków porównywany. Słowackie kino, raczej mało znane do tej pory Polakom, podobnie jak nasza rodzima kinematografia borykało się z problemami wynikającymi z transformacji ustrojowej, co nadal jest widoczne. Tego typu międzynarodowe koprodukcje filmowe z pewnością korzystnie wpływają na rozwój kinematografii w obu krajach. Oby „Czerwony kapitan” nie okazał się tylko jednorazową polsko-słowacką współpracą .
Anna Skoczek