"Zerwany kłos", udany czy nie? Recenzja

"Zerwany kłos", scena w kosciele, Fot. Jakub Grabowski /Zerwanyklos.pl, materiały prasowe
Być może to początek nowego imperium filmowego w Polsce. “Zerwany kłos” to pierwsza produkcja pod patronatem o. Tadeusza Rydzyka, ale wiele wskazuje, że nie ostatnia. Czy to dobry film z punktu widzenia kinomana? I tak, i nie, bo skierowany jest do bardzo wyselekcjonowanych widzów. Osoby niereligijne lub wyznające religię w "lajtowy" sposób “Zerwanego kłosa” nie polubią.


Na premierę “Zerwanego kłosa” zostałem zaproszony osobiście przez reżysera, Witolda Ludwiga. Jak się okazało, byłem bowiem pierwszym bloggerem i dziennikarzem, który zauważył i opisał fakt rozpoczęcia prac nad tym filmem. Przyznam, że być pionierem to honor dla każdego, kto pisze o filmie, dlatego z przyjemnością wybrałem się na obraz o błogosławionej Karolinie Kózkównie. Było to miesiąc temu i dopiero dzisiaj znalazłem w sobie odpowiedni dystans by obiektywnie go zrecenzować.

Kino dla przekonanych

Ortodoksyjnie religijni katolicy, tzw. Rodzina Radia Maryja, osoby wyznające katolicyzm w bardzo tradycyjny sposób - oni obejrzą “Zerwany kłos” do końca i wyjdą wzruszeni i zbudowani. Każdy inny - nie. Temu filmowi jest bowiem jeszcze bardzo daleko do angażującego każdego widza wielkiego kina w rodzaju “Misji” Rolanda Joffe.

To film religijny, ale zbyt mało uniwersalny. Skierowany do widza odbierającego film o osobie uznawanej za świętą, w inny - mało filmowy - sposób. Szukając porównania, takie filmy trafiają do wspólnej “szafki” z obrazem Madonny Jasnogórskiej czy pomnikiem papieża Jana Pawła II. De facto to przecież po prostu obraz i rzeźba, ale dla osoby religijnej, zyskują wymiar transcendentny (co potwierdza gigantyczny skandal ze spektaklem “Klątwa” w Teatrze Powszechnym). Tak jest też z filmem „Zerwany kłos”.

Rozdwojenie oceny

Dlatego trzeba oceniać na dwa, rozbieżne sposoby. Sposób pierwszy, to postawienie go w jednym szeregu z innymi filmami pokazywanymi w kinach. Drugi to potraktowanie go jako produkcji niezależnej, kina gatunkowego, skierowanego do konkretnej niszy.

Zestawienie “Zerwanego kłosa” z profesjonalnymi produkcjami o dużych budżetach musi skończyć się porażką. Dlatego trzeba pamiętać, że to produkcja - jak deklarują - studentów Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Wspomaganych przez zespół profesjonalistów, z pół milionowym budżetem, ale jednak tylko studentów. Poza tym, film jest w całości skierowany do bardzo konkretnego odbiorcy.

Dlatego ocenię „Zerwany kłos” w kategoriach filmu niezależnego. Ze wszystkimi plusami i minusami tego nurtu.



Kozacy i dziewica

Jest 1914 rok. Po Tarnowszczyźnie panoszą się carscy żołnierze. Sieją strach, zwłaszcza wśród młodych dziewczyn. Reżyser w swoim filmie rysuje sylwetki dwóch kobiet: Teresy i Karoliny. Ta pierwsza jest we wsi wytykana palcami, ludzie plotkują, że oddała się Rosjanom. Karolina-uosobienie dobra, odkrywa, że Teresa została zgwałcona i nosi pod sercem dziecko. Niedługo później, podczas jednego z ataków na ludność cywilną, Karolina ponosi śmierć męczeńską. Heroicznie się broni. Umiera jako dziewica. W 1987 roku papież Jan Paweł II ogłosi ją błogosławioną.

Cukier w kadrze

Nie patrzę na “Zerwany kłos” przez religijny pryzmat, bo to nie moja bajka. Dlatego bardzo razi mnie przesłodzony i niestety dość łopatologiczny sposób mówienia o postaci bł. Karoliny Kózkówny. Uważam, że o wierze którą się wyznaje, powinno się mówić w sposób ciekawy, także dla niewierzących lub wierzących w coś innego.

Zarysowany w “Zerwanym kłosie” obraz polskiej, wiejskiej rodziny, jest czarno-biały. Polacy mają dwa zajęcia – pracę na roli i modlenie się. Zachowania głównej bohaterki są żywcem wyjęte z hagiografii, co potęguje gra Aleksandry Hejda, która przypomina raczej kościstą katechetkę sypiącą przykazaniami, niż rozkochaną w Bogu nastolatkę. Brakuje też wielonarodowego tła ówczesnej polskiej wsi

“Cukierkowość” jak ze „świętych obrazków” jest największym minusem „Zerwanego kłosa”. Minusem odbierającym głównej bohaterce ludzkie rysy. Staje się ona jakby figurką z ołtarza, a nie zwykłą, młodą dziewuchą ze wsi, która bardzo ukochała Chrystusa. Poza tym jednak, żyła normalnym życiem.

...i sól.

Ale w „Zerwanym kłosie” rzeczy złe zderzają się z dobrymi. Na pewno duża pochwała należy się operatorowi i montażyście. Dobre zdjęcia i sprawny montaż wydobywają z wielu scen to co najlepsze. Reżyser nie każdą postać prowadzi jak ekranową Karolinę Kózkównę. Dobrze szkicuje tło, mieszkańców wioski. Bezinteresowna nienawiść – jedna z naszych fatalnych cech narodowych – aż z nich bucha. Zwłaszcza wobec potępionej przez wieś Teresy (Magdalena Michalik) .

Jest też jedna kreacja wybijająca się na tle całej obsady. To Paweł Tchórzelski (laureat Flisaka Tofifest) w roli steranego życiem frontowego wygi armii carskiej Sorokina. Paweł, jak już wiele razy pisałem, to nieodkryty i niewykorzystany talent filmowy. Niewielu jest aktorów, którzy potrafią w taki sposób tworzyć postaci złe do szpiku kości, ale zarazem niejednoznaczne. Mające “zadrę w sercu”. 

Taki jest rosyjski (kozacki) oficer Tchórzelskiego. Świadomy swego zła, świadomy tego, że nic już go na tym świecie nie czeka, mówi w przejmującej scenie do polskiego księdza: „Wy Poliaki nigdy nas nie zrozumiecie. U nas, na wschodzie rodzimy się – wojna, żyjemy – wojna. I gdy umieramy – też jest wojna”.

To zresztą scena, dla której warto pójść na ten film, czy jest się wierzącym czy nie. Scena w kościele, rozgrywająca się pomiędzy kozackim oficerem i księdzem. Scena przesycona emocjami, mądra. Nie będę jej opisywał, od tego jest film żebyście sami obejrzeli. Gdyby z takich scen reżyser złożył ”Zerwany kłos”, byłby to jeden lepszych filmów polskich w tym roku.



Narodziny imperium

To pierwszy film z imperium o. Rydzyka i do razu pierwszy dystrybuowany kinowo przy wsparciu profesjonalnej kampanii reklamowej. Kino religijne istnieje we wszystkich krajach, w wielu wręcz święci triumfy. Wszędzie ma swoich widzów, tworzących mocny nurt “odbiorcy równoległego” do mainstreamu i kina artystycznego. Nie ma powodu, by nie było tak w Polsce. Dlatego traktuję ten film jako swoisty „szperacz”. O. Tadeusz Rydzyk nigdy nie inwestuje w coś przypadkiem. Moim zdaniem, to “teaser” powstającej na naszych oczach, nowej wytwórni filmowej, co zresztą jednoznacznie sugeruje sam o. Dyrektor.

Sygnalizowałem to już w tekście ponad rok temu. Użyłem wtedy określenie „Rydzykówka”, przez paralelę z „Filmówką” – popularnym określeniem legendarnej szkoły filmowej w Łodzi. Dziś to tylko swobodna gra słów, bo zanim wytwórnia o. Rydzyka dosięgnie poziomu Filmówki, minie sporo czasu. Ale, że powstanie, nie mam wątpliwości, zaś „Zerwany kłos” będzie już zawsze uważany za początek nowego nurtu w kinie polskim. I trafi do annałów.

Recenzował Jarosław Jaworski

#otadeuszrydzyk #luxveritatisfundacja #luxveritatis #tadeuszrydzyk #zerwanykłos

PS: zaskoczony byłem jednym. Carscy, rosyjscy żołnierze mówią w filmie po… ukraińsku. Nie wiem dlaczego wybrano takie rozwiązanie i czy ma ono umocowanie historyczne. Być może jestem zbyt wielkim laikiem.