Na polu minowym. Recenzja filmu "Republika - narodziny legendy".

premiera, 12 maja, Klub Od Nowa, Toruń
„Aż trudno uwierzyć, że nikt wcześniej nie zrobił takiego filmu” – te słowa Ryszarda Kruka, reżysera filmu, mogłyby być podsumowaniem tematu. Pokazana premierowo „Republika – narodziny legendy” to dobry „starter” dla poznawania historii zespołu, pozostawiający ciekawe uczucie niedosytu. Już z pierwszych komentarzy w social-media widać jednak, że rozpoczęła się wojna zwolenników i przeciwników obrazu Kruka. Ale czy aby na pewno Kruka?

Sportretować pierwszy, najgorętszy okres istnienia Republiki przypominając przy tym grupę Res Publica – bezpośredniego poprzednika zespołu Ciechowskiego. To zadanie postawił sobie twórca filmu i wybrnął z niego z dosyć dobrze, aczkolwiek nie unikając pewnych zgrzytów.

Dawno nie było premiery poprzedzonej tak gorącą atmosferą. Tuż przed pokazem filmu wybuchła bowiem w Toruniu awantura o nieobecność na ekranie znakomitego gitarzysty Republiki Zbigniewa Krzywańskiego, który odciął się od tej produkcji. To nie koniec, bo Ryszard Kruk spotkał się z mocnymi zarzutami ze strony twórców książki „My lunatycy. Rzecz o Republice”, Krzysztofa Janiszewskiego i Anny Sztuczki. Ich zdaniem, współpraca z reżyserem zakończyła się co najmniej nieelegancko. Kruk zaprzecza i przedstawia swoje argumenty, ale nie to jest tematem tego tekstu. Szerzej piszemy o tym TUTAJ i TUTAJ.

Jak sądzę, cała ta otoczka rzutuje znacząco na oceny po premierze pojawiające się w internecie. Jaki więc, tak na spokojnie, jest film Kruka?



Dobry starter

To solidnie zrobione niezależne kino dokumentalne, zrealizowane bez „profesjonalnych” budżetów. Film opowiada o mało znanych początkach, kiedy to z założonej przez Wiesława Rucińskiego (znanego potem jako Jan Castor) Res Publici, grupa przedzierzgnęła się w Republikę.

Obraz prowadzi nas aż do fatalnego momentu, kiedy to u szczytu popularności Republika rozpadła się dosłownie z dnia na dzień. Reżyser pokazuje w uderzający sposób, że przyczyną były przyziemne kwestie braku konkretnych ustaleń co do podziału wpływów z tantiemów.

Dla fanów może to być szok, że ich idole po prostu pożarli się o kasę. Ten moment w filmie, kiedy bohaterowie filmu mówią - lub milczą o tym – jest wręcz znakomity.

„Republika – narodziny legendy” to film nieoczywisty, działający jak aperitif - zaostrza smak i powoduje głód czegoś więcej. To dobry „starter” do poznawania historii Republiki. Dla fanów to jednak zbyt mało.

Mało, mało, mało

Podczas spotkania z widzami po filmie z widowni padały liczne zarzuty. Głównie o to, że nieznający Republiki młodzi ludzie, przez film Kruka poznają niepełny obraz grupy.

Pytano, dlaczego Grzegorz Ciechowski występuje w nim niemalże marginalnie? Faktycznie, to zaskakujące, że ten niewątpliwy geniusz muzyczny i lider Republiki, pojawia się niezmiernie rzadko. Jestem w stanie przyjąć argumenty reżysera, który mówił: „Wybrałem taką drogę świadomie. Nie chciałem aby wywiady z Grzegorzem zdominowały obraz, bo to miał być film o narodzinach pewnego fenomenu, a nie historia Grzegorza Ciechowskiego”. Mimo wszystko, mi także brakuje obecności lidera na ekranie.

Były też argumenty tzw. „hard-fanów”, że to powierzchowne pokazywanie historii zespołu, że reżyser „ślizga się” po faktach, że jest niechronologiczny. I tu znowu mogę przychylić się do słów Kruka: „Ten film ma być początkiem, po którym można pogłębić wiedzę samodzielnie. Tłumaczenie wszystkiego chronologicznie byłoby suchym reportażem. To jest co prawda film dokumentalny, ale głównie film, Moja kreacja, inspirowana muzyką i historią autorska praca”. Co więc ostatecznie zobaczyliśmy na ekranie?


Szkicowy Astronom

Film trwa ok. 50 minut. To krótko, bardzo krótko na opowieść o Republice, nawet ograniczoną do części jej historii. Gdy gasło światło czułem niedosyt, „Hej, jak to koniec? Dopiero się rozkręcamy”. Trudno odpowiedzieć czy to dobrze czy źle. Jak na „starter” – w sam raz.

Dostrzegłem też coś, co odbieram jako zgrzyty montażowe. Brakowało mi w kilku miejscach dobrego cięcia muzyki z obrazem, zwłaszcza gdy przechodziło się z ujęć koncertowych do kolejnej z wypowiadających się osób.

Kruk zaskoczył. Czekano na epicki fresk i chronologicznie opowiedzianą historię Republiki. Tymczasem widzowie zobaczyli autorską impresję, naszkicowaną kamerą opowieść o części historii zespołu, która zmieściła się w 50 minutach. Nie ma sensu próbować pomieścić „encyklopedycznej” opowieści o tym fenomenie w takim czasie. Kiedy sobie to uświadomić, widać że pomysł z autorskim szkicem jest sensowny. Niestety, twórcy weszli na pole minowe z napisem „Republika”.

Tylko ja wiem wszystko o Republice

Przyglądając się „pogrobowemu” życiu Republiki, widać od razu, że toczy się o nią bezpardonowa wojna na kilkunastu frontach. Nie będę tu pisał kto kogo i kto z kim, ale stopień skłócenia spadkobierców i fanów jest chyba większy niż Korei Północnej z Południową.

Bawi mnie to, że w Toruniu niemalże każdy „wie wszystko o Republice i Ciechowskim”. Ilość osób które „uczyły Grzegorza grać”, „piły z Republiką”, były „ich najlepszymi przyjaciółmi” jest tak ogromna, że można by nimi zapełnić nie Toruń, ale Nowy Jork. Czekam wręcz na pojawienie się „prawdziwych rodziców Ciechowskiego” i facetów będących nowym wcieleniem Grzegorza.

To oczywiście ironia, ale nacechowana smutkiem. Premierę filmu Kruka poprzedziła awantura. Już w dzień po premierze internet zalewa fala hejtów, przy których bitwa PIS-PO to zabawa w piaskownicy.

Dlatego dobrze, że Kruk stworzył ten film. Dobrze byłoby też, gdyby swój film nakręcili też jego oponenci. Niech powstaje wiele obrazów o fenomenie Republiki, tak jak wiele twarzy miał ten fenomenalny kwartet, który wyrył w naszych sercach i duszach swój ślad.

Niezależnie czy jesteś za Krukiem czy przeciw, ja nadal będę pamiętał eksplozję, objawienie, kiedy to w środku zdychającego, zasyfiałego socjalizmu z radia usłyszałem "Kombinat" i "Telefony", a potem "Białą Flagę".

To mój film o Republice.