Jak to się skończy? Recenzja filmu "Happy End"

W środowy TOFIFESTowy wieczór sala kinowa była całkowicie pełna. Ludzie ciekawi filmu siedzieli nawet na schodach. Wszyscy przyszli dowiedzieć się, usłyszeć i zobaczyć ,jaką tym razem historię ma do opowiedzenia Michael Haneke. Po długiej, bo aż pięcioletniej przerwie od jego ostatniego filmu "Amour". Przed wybraniem się do kin niewiele można było dowiedzieć się na temat dzieła, zwiastun i opis jedynie sugerują, co zobaczymy na dużym ekranie.

 kadr z filmu "Happy End"
Będziemy w kontakcie

Na filmie "Happy End" najwięcej wymaga się od widza. To od naszej pracy zależy, jak bardzo historia do nas przemówi. Jeśli przejdziemy obok niej obojętnie, jej bohaterowie odwdzięczą się tym samym i nigdy nie dojdzie do porozumienia. Kontakty rodzinne i sposób komunikowania się to coś, o czym Haneke często mówi w swoich filmach, bo przecież to tak codzienny i uniwersalny problem filmowy. Przez pryzmat cywilizacji, w jakiej się znajdujemy, możemy mieć kontakt ze wszystkimi naraz, a jednocześnie nie nawiązywać więzi rodzinnej, zapominać o matkach, nie spotykać dziadków, nie otwierać nikomu drzwi, siedzieć godzinami przed ekranami.

Haneke kroczy po tym kruchym jak lód zagadnieniu - obserwuje to, co dziś robimy, aby nie być samotnymi. W filmie pojawia się wiele planów ogólnych. Bohater staje się wtedy niewielkim elementem kadru. Postaci w swoim otoczeniu nieraz pozostają odwrócone do siebie, a kiedy dochodzi między nimi do zbliżeń, w ułamku sekundy odpychają się niczym magnesy, odlatują w przeciwnych kierunkach.

Na sali kinowej cisza ma moc. Najnowszy film Michaela Hanekego nie polega na wypowiadanych słowach. Częściej za soundtrack służy tu szczekanie psa, energiczne stukanie w klawiaturę czy przypadkowe rozmowy zasłyszane podczas przyjęcia. To jednocześnie typowe dla reżysera "zagranie", lecz w tym przypadku wyczuć możemy, że wszelkie dialogi również są bez wartości. Każdy kogoś udaje, ukrywa się pod maską bezpieczeństwa osoby, którą chciałby być.

(Nie) rozumiemy się bez słów

Najszczerszymi postaciami są młoda Eve grana przez Fantine Harduin i najstarszy członek rodziny - Georges, w którego wcielił się Jean-Louis Trintignant. Te skrajne wiekowo postaci okazują się sobie najbliższe. Mimo to, jak większość bohaterów, nie mają wspólnego języka, nie porozumiewają się bez słów - nikt tutaj tego nie potrafi. 

"Happy End" to film skupiony na losach rodziny Laurentów, ich służby i posiadłości w Calais. Rodzinna atmosfera zostaje przez Haneke unicestwiona w filmie. Zażyłość, której moglibyśmy się spodziewać po bliskich ludziach, okazuje się nie tak prosta w realizacji. Autor odkrywa przed widzem antyutopijną wersję rodziny, sprzeczną do Hollywoodzkich blockbusterów familijnych, gdzie szczęściem jest sam fakt przebywania ze sobą.

kadr z filmu "Happy End"
"Happy Endu" Hanekego nie da się zarekomendować z optymizmem, bo sam reżyser także do takich nie należy. Ten film należy obejrzeć ze względu na wszystkie aspekty estetyczne, historia jest tu jedynie pretekstem. Każdy, kto widział wcześniejsze dzieła twórcy, odnajdzie w nim cytaty warte uwagi i skłaniające do przemyśleń. Jeśli jednak nie znacie jeszcze filmów takich jak "Pianistka", "Funny Games" czy "Biała Wstążka", a nie razi was arthousowa estetyka europejskiego reżysera, to z ręką na sercu polecam zwrócenie się w stronę twórczości Haneke. Paradoksalnie "Happy End" może być dla wielu widzów "Happy Początkiem" - przygody z kinem mniej oczywistym.

Anna Badziąg