Do sztuki podchodzi jak faszysta. Spotkanie z Matyldą Damięcką

spotkanie po serialu "Wataha"

Matyldę Damięcką kojarzymy przede wszystkim z serialowej roli odegranej dwanaście lat temu. W ciągu lat spędzonych poza szklanym ekranem artystka rozwinęła swoje skrzydła jako muzyk i grafik. Do gry aktorskiej wróciła w nowym sezonie serialu Wataha.

- Nie chciałaś usłyszeć tego pytania, ale ja je zadam: jak się czujesz będąc członkiem znanej rodziny aktorskiej? - pyta zadziornie prowadzący. Matylda przewraca oczami, ale na jej ustach pojawia się uśmiech. Przyznaje, że potrzeba udowodnienia posiadania czegoś więcej niż samo nazwisko jest uciążliwa. Zanim sama została dostrzeżona musiała przeskoczyć ojca i brata, nie wspominając o dziadkach - Mój brat, Mateusz, powiedział kiedyś, że skoro nazwisko już ma, to musi zapracować na imię. I podobnie jest ze mną, tylko ja mniej angażuję się w grę aktorską.

Damięcka rozwija się na innych płaszczyznach. Po odejściu z serialu Na wspólnej przez cztery lata uczyła się w Akademii Teatralnej, ale po jej ukończeniu poszła w świat muzyki - Wolę środowisko muzyczne. Wolę słuchacza, niż widza. W filmie jest mnóstwo bodźców, widz ma większy wybór na czym chce się skupić, a co woli ignorować. Natomiast słuchacz ma tylko dźwięk. To daje mu mniejsze pole do interpretacji, i sprawia, że jest bardziej wymagający, bardziej uważny - tłumaczy Damięcka.

Dla dobra kina

Odejście Matyldy od szklanego ekranu było świadomą decyzją, a jednym z powodów była niechęć do sytuacji na rynku filmowym - Każdy rynek ma swoje prawa. Każdy rynek musi się utrzymać, czyli sprzedać, więc wartość aktorów grających w wielu dzisiejszych produkcjach sprowadza się do wartości marketingowej - mówi. Jej nie interesują ścianki czy popularne role. Zamiast tego dużą wartość stanowi dla niej rozwój duchowy, który jest również widoczny na scenie i na ekranie. Czyta książki, dba o język, obserwuje swoje autorytety - Nie mogę karmić się tylko telewizją, ponieważ mam obowiązki wobec widza - podkreśla.

Artystka uważa, że dzisiejsze produkcje telewizyjne są robione jak najszybciej i jak najniższym kosztem - im więcej, tym lepiej. Na próżno szukać tam osób, które wybrały aktorstwo, by przekazywać emocje i myśli. Idylliczna wizja głodującego, ale spełnionego artysty odeszła w niepamięć, a jej miejsce zajęła masowa produkcja i sprzedaż. Ja do aktorstwa podchodzę ideologicznie. Jestem faszystką - śmieje się - Ale taką pozytywną. Chcę robić wszystko dla dobra widza i kina, więc nie godzę na dzisiejsze podejście. I dlatego Wataha była tak wspaniałym doświadczeniem.

Dlaczego Wataha?

Podczas castingów do Watahy głównym kryterium nie był wygląd ani talent, tylko fizyczna i psychiczna odporność na warunki pogodowe, które czekały ekipę w zimowych Bieszczadach. Wielokrotne przechodzenie górskiego potoku w temperaturze oscylującej wokół zera czy piętnaście godzin na śniegu po pas? To chleb powszedni dla serialowej ekipy. - To nie były warunki dla księżniczek. Bardziej dla Chucków Norrisów polskiego kina - mówi Damięcka.

Serial był nagrywany jednym ciągiem, ale zdjęcia nie mogły być realizowane codziennie. Często dogranie sceny na następny dzień było niemożliwe, ponieważ poziom śniegu był diametralnie inny. Właśnie przez takie sytuacje zdjęcia do serialu przedłużyły się o blisko trzy miesiące. Matylda wspomina jak wyglądało życie ekipy podczas nagrywania serialu

- Wszyscy mieszkaliśmy w pobliżu planu zdjęciowego. Nie było podziałów na mniej i bardziej znaczących aktorów, na reżyserów i scenarzystów. To było fantastyczne. Na początku była sielanka, ale po jakimś czasie atmosfera zaczęła przypominać film Lśnienie. Przepraszam za słowo, ale wszyscy byliśmy w tej samej dupie. Po tych strasznie męczących dniach wracaliśmy zmarnowani do naszego hotelu. Każdy tak samo głodny i zmarznięty czekał na swoją porcję jedzenia, a później rozchodziliśmy się na odpoczynek.

Mimo trudów bohaterka Watahy dobrze wspomina ten okres i odczuwa satysfakcję płynącą z gry w tej produkcji.

po spotkaniu

Po zakończeniu pracy nad serialem Matylda nie próżnuje. Wciąż rozwija się jako grafik i muzyk. Najbliższym wyzwaniem jest zdobycie stypendium “Młoda Polska”, które pomogłoby jej zrealizować plany o trasie koncertowej po Ukrainie w towarzystwie chórów z Kresów Wschodnich - Mam nadzieję, że nie będę musiała finansować tego przedsięwzięcia z własnej kieszeni. Mam nadzieję, że mój piękny kraj mi pomoże.

Lena Paracka