"Nigdy nie byłem pieszczochem krytyków". Spotkanie z Markiem Koterskim

"Nigdy nie byłem pieszczochem krytyków. To widzowie niosą mnie na skrzydłach". Takie słowa padły dziś z usta Marka Koterskiego - reżysera, scenarzysty, aktora. Wyjątkowe spotkanie z jednym z najbardziej oryginalnych twórców polskiego filmu odbyło się dziś o 16:30 w Kinie Centrum.

fot. Adrian Chmielewski

To nie teatr jednego aktora. To spotkanie autorskie, które Marek Koterski poprowadził z publicznością. Bez patosu, owijania w bawełnę, czyli - jak sam mówi - bez ściemy! "Jeśli nie będzie żadnych pytań, to ja je będę zadawał". Tych jednak nie brakowało.

Pierwsze kroki stawiane w świecie filmu wspominał jako czas pełen rozterek i wielkich niewiadomych. "Po czterech latach studiów nie wiedziałem, co to oś montażowa. Mimo to uważam, że szkoła mnie stworzyła. Inaczej nie byłbym sobą". Reżyser "Dnia Świra" i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" opowiadał o swojej przygodzie z kinem dokumentalnym, studiach na polonistyce i przyjaźni z operatorem Edwardem Kłosińskim. "Tak się złożyło, że nie mam wielkiego bagażu doświadczeń, które mogło wywrzeć piętno na moim kinie. Nie noszę traumy, nie przeżyłem wojny ani ciężkiej choroby. Ale jestem człowiekiem i przeżywam różne trudności, emocje".

Wszyscy jesteśmy Chrystusami 

W ten sposób narodziła się postać Adasia Miauczyńskiego, który pojawia się w wielu filmach reżysera. Bohatera-archetypu, niemal już kultowego. Kto wie - być może odzwierciedlenia ciemnej strony umysłów większości Polaków. Sfrustrowanego, pełnego sprzeczności niewolnika własnych kompleksów i natręctw. "Każdy z nas je ma. Ja wyleczyłem się z nich kręcąc <<Świra...>>. Jakiś czas później przeczytałem, że klasyfikuje się to do leczenia psychiatrycznego. Wszyscy nosimy w sobie jakieś niewygody" - mówił.

fot. Adrian Chmielewski

Bunt i sny o potędze 

Z sali padły pytania dotyczące inspiracji reżyserskich twórcy. Marek Koterski kilkukrotnie podkreślał, że decyzja o zostaniu reżyserem nigdy nie była dla niego oczywista. Jak stwierdził, gdyby nie publiczność, która od początku napędzała go do działania, byłby w zupełnie innym miejscu. Wspominał burzliwe lata studiów i te spędzone w szkole filmowej. "Buntowałem się. (...) Żyjemy w tyglu kulturowym, w czasach, kiedy wszystko już się wydarzyło. Dlatego w życiu młodego człowieka najważniejsze są bunt i sen o potędze".

Reżyser enigmatycznie zapowiedział swój nowy film, nad którym właśnie kończy pracę. Niewiele chciał zdradzić, twierdząc, że odebrałby nam wiele radości płynącej z seansu. Cóż, pozostaje nam czekać na kolejne spotkanie z którymś z Miauczyńskich. Do zobaczenia w kinach!

Angelika Jasiulewicz