"To ja jestem rewolucją. I uwaga - nadchodzę!"

Książka Michaliny Wisłockiej "Sztuka kochania" zrobiła furorę w latach 70-tych ubiegłego wieku i zrewolucjonizowała życie seksualne Polaków. Należałoby jednak zadać sobie pytanie czy ta rewolucja jest już za nami, czy może dokonuje się nadal? Film poświęcony życiu Wisłockiej w reżyserii Marii Sadowskiej okazuje się świetnym pretekstem do poszukiwania odpowiedzi na to pytanie.

Magdalena Boczarska w "Sztuce kochania"


Zarówno sama postać brawurowej seksuolożki jak i wyboiste koleje jej losu niosą ze sobą potencjał na inspirujący materiał filmowy, czego dowiódł nam scenarzysta – Krzysztof Rak. Główną oś historii stanowi droga jaką musi przebyć autorka "Sztuki kochania", aby wydać swoją książkę. Film wydobywa na powierzchnie trudności z jakimi musiała zmierzyć się bohaterka, ukazując z solidną dawką humoru niedorzeczności ówczesnej rzeczywistości PRL-owskiej. Poza tym widz poprzez retrospekcje może zrozumieć motywacje i światopogląd dorosłej Michaliny, która dojrzewa na jego oczach. 

Trzon opowieści opatrzony jest wątkami miłosnymi bohaterki, które są równie nietuzinkowe i kontrowersyjne jak i ona sama. Miśka przymyka oko na fakt, że jej mąż Stach lubi czasem zmienić łoże i nie stroni od przelotnych romansów, wierzy gorąco, że tak naprawdę będzie kochał tylko ją. 

Przyzwala również na miłosny trójkąt, którego przyprostokątną zostaje przyjaciółka Wandzia. Rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami, a tym co przynosi życie okazuje się jednak nie do zniesienia i z czasem zaczyna przynosić rozczarowania. Nawet kolejny dobrze zapowiadający się kandydat na lokum uczuciowe - Jurek, jest niestety żonaty i nie ma miejsca dla Miśki na pierwszym planie swojego życia. 

Poza samą warstwą fabuły, film jest również wyśmienitą strawą wizualną, a także nie brak mu dopieszczenia muzycznego. Błyskotliwe dialogi, ciekawie poszatkowana narracja oraz przede wszystkim barwne kreacje aktorskie, decydują tutaj o wysokiej jakości produkcji. 


Magdalena Boczarska w roli Michaliny Wisłockiej oddaje złożoność i wielowymiarowość postaci. Jest dla nas jednocześnie komiczna i wzbudzająca respekt, niczym skrzyżowanie przekupki targowej z krasomówcą. Z resztą żadna z postaci nie została tutaj potraktowana płasko, a wręcz przeciwnie każdej nadano specyficzny smaczek. Niefrasobliwy i szorstki Piotr Adamczyk w roli męża – Stacha, magnetyczny i czarujący Eryk Lubos w Roli Jurka, czy też zjawiskowo niegramotny Artur Barciś w roli cenzora. 

Tak czy inaczej, myślę że filmowa Sztuka Kochania jest świetnym impulsem do refleksji nad współczesną seksualnością, do tego czy seks faktycznie przestał być tematem tabu, a cielesność została oswojona? Czy rewolucja seksualna o której mówi Wisłocka to ten wulgarny erotyzm wyciekający z tabloidów, z którym mamy do czynienia obecnie? 

Anna Liczmańska