Weekend w kinie studyjnym, vol.5: Mandarynki Yves Saint Laurenta.

Dział polecania filmów znowu w akcji! Na ten weekend w kinach studyjnych polecamy dwa nowe świetne filmy oraz trzy grane już od kilku dni. Zaproszenie na "te już na ekranie: "Michael Kohlhaas", "Wilgotne miejsca" oraz "Jak ojciec i syn" znajdziecie TUTAJ.

Mocnymi punktami weekendu 20-22 czerwca w ambitnych kinach naszego "rodzimego" regionu są francuski "Yves Saint Laurent" w reż. Jalila Lesperta oraz gruzińsko-estońskie "Mandarynki" Zazy Uruschadze.
 
"Yves Saint Laurent" 
(KINO CENTRUM, reż. Jalil Lespert, Francja 2014)

"Chanel podarowała kobietom wolność, ale Saint Lauret dał im siłę" - to znane słowa długoletniego życiowego partnera projektanta, Pierre Bergé'a. Berge był też partnerem biznesowym Yvesa i  dyrektorem finansowym domu mody YSL. Sam Saint Laurent "narodził się" jako gwiazda świata mody w 1957 roku, podczas swojego pierwszego pokazu zorganizowanego dla domu mody Diora, po śmierci wielkiego Christiana Diora. Cały Paryż padł do jego stóp. Kreacje Laurenta zelektryzowały publiczność i uratowały Diora przed bankructwem. "Projektant odszedł od charakterystycznej dla swojego poprzednika i mistrza kobiecej linii z wciętą talią i pokazał światu sukienki o kroju trapezu" pisze na blogu Jagoda Mytych. 
Trudno wyobrazić sobie tego neurotycznego młodzieńca w armii, ale to właśnie powołanie do wojska, na front wojny francusko-algierskiej, przerwało początkowe pasmo sukcesów projektanta. Na linii ognia spędził tylko 20 dni, ale to wystarczyło by traumatycznie odbić się na jego życiu. Gdy YSL "wrócił na tron" wiernymi fankami jego projektów były m.in. Cathrine Deneuve, księżna Grace z Monako i Bianca Jagger, która założyła biały smoking projektu Laurenta na swój ślub z liderem The Rolling Stones. W filmie oglądamy świetną kreację utalentowanego aktora Comedie Francaise Pierre Niney'a, który - jak pisał krytyk Hollywood Reporter: "nie gra Saint Laurenta, ale raczej staje się nim".  Warto obejrzeć ten film, będący niezwykłą i pasjonującą historią szalonej miłości Saint Laurenta do mody i... swego partnera.



"Mandarynki" 
(KINO ORZEŁ, Estonia/Gruzja 2013, reż. Zaza Urushadze) 

Najlepsza reżyseria Warszawskiego FF, nagroda publiczności w Warszawie i na Mannheim-Heidelberg IFF, Golden Space Needle Award na Seattle IFF, dwie nagrody Tallinn Black Nights Film Festival. "Przejmujący, ważny, a jednocześnie lekki i zabawny" (StacjaKultura.pl), "Zaza Urushadze opowiada o wojnie jako żywiole zmieniającym dobrych ludzi w nienawistne zwierzęta. Mandarynki
imponują nie tylko artystyczną powściągliwością, ale i intelektualną dojrzałością" (Filmweb.pl). Na pewno "Mandarynki" to film warty obejrzenia.

Rok 1992. Trwa walka Abchazji o odłączenie się od Gruzji. Ludzie uciekają. W jednej z wiosek zostają wspomniani dwaj, bezstronni Estończycy. Markus nie uciekł, bo chce zebrać mandarynki z sadu, chociaż Ivo, jego sąsiad, jest przeciwny zbiorom w czasie wojny. Tymczasem działania wojenne są coraz bliżej, aż trafiają pod ich drzwi. Przed domem odbywa się potyczka Abchazów, wspomaganych przez najemników z Czeczenii i Gruzinów. Wśród trupów Ivo znajduje ocalałego, rannego Czeczena Ahmeda. Markus wśród zabitych Gruzinów, również odnajduje jednego żywego żołnierza. Dwaj ranni, zagorzali wrogowie muszą zamieszkać pod jednym dachem do czasu dojścia do zdrowia...

"Choć reżyser doprowadził bohaterów do chwilowego zawieszenia broni, był daleki od tworzenia ekranowej iluzji. Urushadze w żadnym momencie nie próbował idealizować wojny. Jego film ani nie daje nadziei, ani jej nie odbiera. Są konflikty nierozwiązywalne, w których nie ma szans na pojednanie, bez względu na zakończenie, zwycięzców nie będzie" napisała na STOPKLATKA.PL krytyk Anna Serdiukow. Wydawałoby się, że estońsko - gruzińska koprodukcja to coś egzotycznego, ale chyba właśnie dlatego reżyser może z pewnego dystansu opowiedzieć o mrocznej wojnie domowej gruzińsko - abchaskiej z 1992 roku. Markus i Ivo nie są tak do końca wymysłem reżysera. Ten wątek oparty jest na faktach. W Abchazji istniały bowiem, aż do wojny domowej 3 wioski zamieszkane przez Estończyków, które odwiedził Zaza Urushadze podczas przygotowań do filmu. "Dziś, by przekroczyć granicę Abchazji, trzeba mieć rosyjską wizę" - kończy swoją recenzję Serdiukow. Historia lubi się powtarzać. Dziś by wjechać na Krym trzeba mieć wizję z Rosji...


PS: ostatnia ciekawostka. Odtwarzający rolę Ivo estoński aktor Lembit Ulfsak, zagrał w 1983 roku w... "Akademii Pana Kleksa" wcialając się w rolę Hansa Christiana Andersena!