Mulholland Drive, Abba i bułgarski kryzys. Rozmowa z Ralitzą Petrovą po filmie “Bez Boga”

Niewielu ludzi zna historię Bułgarii. Panuje tutaj wielki kryzys, bardzo dużo osób wyjechało. Brakuje stabilności - tak Ralitza Petrova mówiła wczoraj o swoim kraju podczas spotkania z widzami w sali kameralnej Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki po pokazie filmu “Bez Boga”. Obraz wzbudza w Bułgarii duże kontrowersje. 

fot. Adrian Chmielewski (k35photo)


I trudno się dziwić, bo film jak lustro odbija krajobraz brudnej, przesączonej niepokojem bułgarskiej rzeczywistości. Szare blokowiska, obskurne podwórka, ludzie przykuci do prętów szpitalnych łóżek. Z perspektywy głównej bohaterki "Bez Boga" - uzależnionej od morfiny pracownicy społecznej - współczesna Bułgaria zdecydowanie nie należy do krajów, w których chciałoby się spędzić resztę życia. Sama reżyserka balansuje gdzieś pomiędzy uduchowioną metafizyką a brutalnym realizmem rodem z Ulricha Seidla.

Nie tylko kryzys bankowy, na rynku pracy, ale też obyczajowy sprawiają, że w wielu miasteczkach panuje stagnacja. Wszystko stoi w miejscu. Mijają lata, zmienia się system, a ludzie wciąż słuchają tutaj Abby - mówiła reżyserka. Jednocześnie podkreślała, że poetyka, którą operuje w swoich filmach, twardo w tej rzeczywistości osadzona, jest niezbędna do stworzenia kompletnego dzieła. Film z definicji jest poezją. Ona już jest na świecie, w moim kraju także. Trzeba ją tylko odpowiednio ubrać. Nie chcę niczego na siłę upiększać.

Podczas spotkania padło pytanie o rolę filmu we współczesnej kulturze. Kino to nie cyrk - twardo podkreśliła reżyserka. To jak wejście do świątyni. Kręcenie filmu to akt absolutnie osobisty. Dodała przy tym, że sztuka powinna zasadzać się na czymś innym niż na chwilowej radości czy przyjemności. Narracja nie może być powierzchowna. To filmy z niezwykłym klimatem, głębią zapamiętuję, a nie te, które operują tylko fajną fabułą. Takim filmem jest dla mnie Mulholland Drive - został we mnie, choć nie pamiętam do końca historii - opowiadała o obrazie Davida Lyncha z 2002 roku.

fot. Adrian Chmielewski (k35photo)

W pewnym momencie rozmowy sama reżyserka skierowała pytanie do publiczności: Powiedzcie, jak wielu z was wybrałoby się na mój film, gdyby nie był częścią festiwalu? Sporo osób podniosło ręce. Artystka nie kryła radości i wzruszenia. To bardzo dobrze. W tej chwili rządzą ludzie, którzy myślą, że mają prawo do decydowania o upodobaniach innych. Pokażmy dystrybutorom, że takie filmy też się liczą, że warto wprowadzać je do kin.

Ten apel widzowie najbardziej niepokornego festiwalu filmowego w Polsce na pewno wezmą sobie do serca. O ile już nie wzięli, patrząc na sale kinowe wypełnione po brzegi.
Angelika Jasiulewicz